Mirriel - Forum Literackie

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie...
Obecny czas: 07 Wrz 2010, 03:37

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina




Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Perpetuum Mobile
 Opis: O nudy skutkach ubocznych.
PostWysłany: 19 Kwi 2009, 21:01 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 06 Cze 2008, 17:00
Posty: 23
Płeć: Kobieta
Taki sobie tekścik, wysmażony w tempie dość szybkim, gdzieś w okolicach ubiegłorocznych wakacji.
Miniaturka okołofantastyczna i prawie-że-moralizatorska.
Nic odkrywczego, ale temat fantastycznych wynalazków w świecie codziennym wielbię od dawna i ani myślę przestać.
Miłej lektury.

PERPETUUM MOBILE


Obudziłem się nagle, zrywając się z pościeli jak oparzony. Serce zdawało się być ciężkie jak kamień, czy też – jak to się poetycko nazywa – poczułem ukłucie strachu.
Nie miałem pojęcia, dlaczego. Chyba przyśnił mi się koszmar, którego nie pamiętałem.
Postawiłem stopy na podłodze, ale tułów nadal nie chciał się zwlec z łóżka. Przetarłem twarz dłońmi, pod palcami czułem ostry zarost. Mój zamiar zapuszczenia brody spalił na panewce. Nie należałem do mężczyzn, którzy ze spokojem znoszą kłujące igiełki na własnej twarzy. W dodatku wczoraj w taniej restauracyjce, gdzie jadłem obiad, zobaczyłem faceta, któremu do sumiastych wąsów przykleił się pokaźny kawał gotowanej marchwi. Perspektywa znalezienia się w podobnej sytuacji przeraziła mnie do tego stopnia, że zarzuciłem plany zapuszczenia brody.
Choć chyba jeszcze bardziej przeraziła mnie perspektywa, że najprawdopodobniej faktycznie jestem takim starym, niezrównoważonym dziwakiem, jak uważa moja matka.
Wstałem z łóżka. Właściwie, to nawet nie było łóżko, tylko stara, skrzypiąca wersalka. Nie zmieściłyby się na niej dwie osoby, a co dopiero, gdyby jeszcze chciały się ciupciać; istniało spore ryzyko, że któryś partner, albo co gorsza oboje, wylądują na podłodze. A to nie mogło być przyjemne. Dlatego z moimi nielicznymi partnerkami, których nie mógłbym nazwać życiowymi, spotykaliśmy się w ich domach.
Mieszkałem w malutkim mieszkanku, na samym szczycie drapacza chmur. Codziennie w dół i w górę zmuszony byłem jeździć starą, skrzypiącą windą. Coś w sam raz dla nieudacznika z zaawansowanym lękiem wysokości i lekką klaustrofobią. Mieszkanie miało dwie klitki, za małe do ubiegania się o miano pokoi, kuchnię, w której nie mieścił się stół, i łazienkę, w której z trudem wcisnąłem kabinę prysznicową i toaletę. Nie byłem szczęśliwym posiadaczem komputera – miałem tylko czarno-biały telewizor i stare radio z chronicznym zaburzeniem łapania fali. Prawie wszystkie meble były odziedziczone po stryju, który zapisał mi w spadku swoje mieszkanie w innej dzielnicy miasta wraz z wyposażeniem. Jak na ironię, nie mogłem się do niego przeprowadzić – za daleko mi było do pracy. Wobec tego, zajęła je moja siostrzyczka i jej świeżo upieczony mąż o aparycji i mentalności napakowanego dresiarza. Ja mogłem zabrać tylko te odrapane, pożałowania godne meble. Ale, i to było dobre – moja nauczycielska pensja ledwo wystarczała na czynsz i rachunki.
Poczłapałem do kuchni. Przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Na szafkach i stole porozstawiane były brudne kubki, talerzyki, puste butelki. Nienawidziłem zmywać i z powodzeniem w sobie tę nienawiść pielęgnowałem. Mi nie przeszkadzały te sterty naczyń – więc po co miałem je myć? Robiłem to tylko od czasu do czasu, gdy poziom czystej zastawy stołowej w mojej kuchni wynosił 0,0.
Z górnej szafki wyjąłem nadtłuczony kubek i kawę. Nastawiłem wodę w czajniku, który już po chwili zagwizdał na kuchence. Zalałem kawę, dodałem mleka. Wypiłem kawę, jak co rano parząc sobie język. Nie była dobra. Była tania.
Stanąłem przed lustrem w łazience. Wyszorowałem zęby. Z ciężkim sercem nałożyłem na twarz krem do golenia i zacząłem się golić.
Szlag. Zaciąłem się. Cholera, głęboko. Kropla krwi popłynęła mi po brodzie. Dokończyłem golenie najszybciej jak mogłem, spróbowałem zatamować krwotok ręcznikiem. Starłem z umywalki czerwony ślad.
Krwotok ustał. Poszedłem się ubrać. W szafie wszystkie moje starannie wyprasowane koszule, spodnie i marynarki wisiały na wieszakach. Nie cierpiałem bałaganu w garderobie – doprowadzał mnie on do nieuzasadnionej złości. Szybko ubrałem dżinsy i koszulę. Na przedpokoju włożyłem buty, które swoje już widziały i przeszły. Jedna sznurówka prawie się przetarła – przydałoby się kupić nową, ale jakoś nie mogłem się zmobilizować, by to zrobić.
Przejrzałem się w lustrze.
Tak, to ja, dwudziestodziewięcioletni wykładowca literatury w liceum, o nazwisku Heath Johnson, właściciel najmniejszego mieszkania i najmniejszej pensji na świecie, człowiek nie posiadający żadnego kumpla, których zwykle męczyło jego osobliwe poczucie humoru i skłonność do narzekania, nie mówiąc już o partnerce, syn apodyktycznej mamusi dotkniętej megalomanią, kolekcjoner starych książek, ptasich jaj i płyt analogowych, miłośnik Star Treka, obdarzony różnego rodzaju fobiami i chroniczną apatią, której żaden lekarz, jak na złość, nie chciał uznać za depresję. Roztargniony w sposób tak straszny, że nie mieszczący się chyba w żadnej skali.
Na domiar złego – posiadacz potarganych, sztywnych włosów o mysim kolorze, których nie dało się w żaden sposób ułożyć, i brązowych oczu, o wątłej budowie ciała i w ciuchach najczęściej pochodzących z second-handów, popularnie i dużo bardziej trafnie zwanych szmateksami.
Naprawdę, nie było czego zazdrościć.
Ze złością zacząłem walić ręką w lustro, jednak po chwili zreflektowałem się. Westchnąłem ciężko. Na pocieszenie sam poklepałem się w ramię, z braku osoby, która mogłaby to zrobić.
Dobrze, że nikt tego nie widział.
Zawstydziłem się i wyszedłem z domu. Zamknąłem drzwi na dwa spusty. Jakbym posiadał coś, co można by ukraść.
***
Te wszystkie dni były do siebie tak kurewsko podobne. Tak przerażająco nudne, monotonne, aż się człowiekowi chciało rzygać. Zawsze zastanawiało mnie, co właściwie czują i jak myślą ludzie mówiący, że kochają życie. Mi wydawało się to niemożliwe. Moja własna egzystencja, a raczej: wegetacja, przedstawiała się w sposób następujący: pobudka, tramwaj, praca, żarcie, dom, książka, TV, sen. Gdzie w tym był jakikolwiek sens? No, zgoda, może mój żywot nie jest tu dobrym przykładem. Ale przecież nawet ci, którzy mówili o sobie: spełnieni, żyli podobnie. Do ich planu dnia dochodziła tylko rodzina, czasem impreza, wypad z kumplami, czy seks. Ale nawet w takich wypadkach wszystko było prawie identyczne. Ludzie oglądają filmy, czytają książki. Tam bohaterowie nigdy nie prowadzą takiego życia, jak każdy z nas. Zawsze przytrafia im się coś ekscytującego, jakaś przygoda, ewentualnie – w tych nie nastawionych na wielki komercyjny sukces dziełach – po prostu jakieś mniej widowiskowe, ale miłe bądź tragiczne dla nich zdarzenie. Ale zawsze jest to COŚ. Spójrzmy prawdzie w oczy: ilu z nas przeżyło kiedyś przygodę? Szacuję tę liczbę na 0,1% społeczeństwa. Większość z nas wiedzie te swoje przerażająco nudne życia, uczestnicząc w „koszmarze codzienności”, nie chcąc zauważać – a może tylko przyznać - że życie płynie, a oni… przeżywają je bez żadnego sensu. Potem umrą i – i tak zostaną zapomniani.
Już dawno stwierdziłem, że jedynymi czynnikami, które nadają życiu jako taki sens i mogą być klasyfikowane jako jednoznacznie przyjemne, są dobre żarcie i dobry seks. Gdy wypowiedziałem tę uwagę na głos w pokoju nauczycielskim, wszyscy umilkli, ukryli twarze w kubkach i nie odezwali się do końca przerwy. Gdy powiedziałem ją na lekcji, uczniowie wyrazili aprobatę. I niech mi ktoś powie, że to młodzież jest głupia i niedoświadczona.
Tramwaj był, jak zwykle, zatłoczony. Póki nie zacząłem nim jeździć, byłem dogłębnie przekonany, że już każdy człowiek oprócz mnie porusza się samochodem.
Z miejsca, które zająłem, zostałem szybko przegnany przez staruszkę, która zgryźliwym tonem wyszeptała mi nad uchem: „ Nie ustąpisz miejsca starszej, cooo?” Wystraszyłem się tak bardzo, że zerwałem się na równe nogi, a babcia czym prędzej, zadowolona, przejęła mój fotel. Gdy już po ochłonięciu zdałem sobie sprawę, że teraz całe miasto przemierzać będę na stojąco, zasugerowałem młodemu chłopaczkowi siedzącemu obok, że mógłby ustąpić mi swoje miejsce; ten jednak tylko parsknął mi śmiechem w twarz. Dałem za wygraną. Miałem nadzieję, że nie widział tego żaden z moich uczniów – gdyby tak się stało, straciliby oni resztkę należnego pedagogowi szacunku, i tak w tych czasach aż nadto podkopanego niedorzecznymi prawami ucznia, które absurdalnie się rozrosły. Te bachory bardzo wyraźnie dawały mi do zrozumienia, że nauczyciel, który nie przekroczył jeszcze pięćdziesiątki, nie jest wart krztyny respektu.
Budynek szkoły majaczył już na horyzoncie. Wysiadłem z autobusu, na pożegnanie rzucając chłopaczkowi, który nie ustąpił mi miejsca, mordercze spojrzenie. Ten podchwycił je i w odpowiedzi za pomocą gestu dał mi do zrozumienia jak mało obchodzi go to, co o nim myślę.
Odrapany, wiekowy budynek zbliżał się nieubłaganie, a ja po raz kolejny pomyślałem, że warto by zmienić pracę.
***
Nie lubiłem wtorków, bo dwie ostatnie lekcje miałem z osiemnastolatkami przygotowującymi się do egzaminów końcowych. Musiałem dwoić się i troić, by wbić im do głowy potrzebne informacje. Nie robiłem tego, oczywiście, z zamiłowania do młodzieży, tylko raczej ze strachu przed dyrekcją. Pełni werwy uczniowie jednak niewiele robili sobie z moich starań; co chwila ktoś rzucał jakiś dowcipny komentarz, wciąż wybuchały śmiechy.
A i ja nie do końca miałem dzisiaj nastrój do nauczania. Z tegoż względu, że w pierwszej ławce, pod nieobecność swojej koleżanki z klasy, usiadła Jennifer Wong. Jennifer była blondynką o bardzo jasnej cerze i dużych oczach okolonych ciemnymi, długimi i niewiarygodnie gęstymi rzęsami. Miała bardzo smakowite usta maźnięte soczystą, czerwoną pomadką. Jej włosy były długie i nieregularnymi splotami spadały w dół. Niektóre wijące się kosmyki opadały na dość pokaźny dekolt, który dzięki rozpiętej marynarce i nie zapiętym trzem górnym guziczkom w białej koszuli ukazywał mi się w całej krasie i okazałości. Jennifer była naprawdę atrakcyjną dziewczyną, o niezwykle kobiecej sylwetce. Sam musiałem się przed sobą przyznać, że od jakiegoś czasu niezwykle mnie ona pociąga. Miałem cichą nadzieję, że niczego się nie domyśla. Co prawda, parę razy na przerwie podchwyciła moje spojrzenie, i parę razy trochę za długo nie odrywała go ode mnie.
Zorientowałem się, że mój wzrok wbijający się w urocze pagórki na piersi panienki Wong. może być nieco zbyt natarczywy, i skarciłem się w duchu. Kto to widział, żeby staremu facetowi wzrastało libido na widok dziewczynki, która co dopiero otrzymała dowód osobisty! Doprawdy, chyba faktycznie zbyt długo nie miałem żadnej kobiety.
Jennifer spojrzała na mnie. Jej usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Opuściła wzrok, nie zmieniając wyrazu twarzy.
Przeraziłem się. To było trochę za wiele jak na mnie.
Lekcja, na szczęście, skończyła się, a wraz z nią moje moralne katusze.
Wychodząc ze szkoły, usłyszałem kogoś krzyczącego za mną: „Panie profesorze!”
Jennifer.
Cóż miałem zrobić? Zatrzymałem się. Dziewczyna dogoniła mnie.
- Panie profesorze, przepraszam, że pana zatrzymuję, ale mam do pana wielką prośbę. Mówił pan na tej lekcji o wielu książkach, według pana bardzo pożytecznych. Jest pan w ich posiadaniu?
- Uhm.
- Cóż, to mam do pana olbrzymią prośbę. Mogłabym je pożyczyć? Bardzo mi się przydadzą w przygotowaniach do egzaminu…
- Oczywiście, w porządku. Przyniosę ci je jutro do szkoły…
- A… proszę tego nie traktować jako impertynencję, ale… mogłabym pójść teraz z panem i pożyczyć je już dziś? Są mi naprawdę potrzebne.
Intencje Jennifer zdawały się być szczere – z resztą, czemu miałoby być inaczej? Nie miała żadnego powodu, by kręcić.
A przynajmniej taką miałem nadzieję.
Dziwnie się czułem, jadąc z Jennifer tramwajem. Staliśmy bardzo blisko siebie. Za każdym razem, kiedy pojazd się zatrzymywał, ona wpadała na mnie. Czułem ciepło jej ciała.
Tramwaj zatrzymał się, ja i Jennifer wysiedliśmy. Dziewczyna coś trajkotała, ale do mnie nie do końca dochodziły jej słowa. Miałem dziwne wrażenie, że wszyscy ludzie na ulicy widzą, jak bardzo mi się podoba uczennica, drepcząca obok mnie w szkolnym mundurku.
Byliśmy już przed wieżowcem, w którym mieszkam. Otworzyłem drzwi, weszliśmy do windy. Nie jechał w niej żaden inny pasażer.
Nie czułem się komfortowo. Jeszcze nigdy podróż na górę nie wydawała mi się tak długa. Winda dawała poczucie intymności. Jennifer się nie odzywała. W którymś momencie złapałem ją na wpatrywaniu się na mnie. Myślałem, że opuści wzrok – ale ona nadal patrzyła, zupełnie nie spłoszona.
Ocknąłem się, kiedy winda zajechała na ostatnie piętro. Wysiedliśmy z niej i stanęliśmy przed drzwiami do mojego mieszkania.
- Nie spodziewaj się luksusów – mruknąłem, przekręcając klucz w zamku.
Wpuściłem dziewczynę do środka, wskazałem jej miejsce na kanapie w salonie. Sam udałem się do sypialni, by znaleźć książki, których potrzebuje. Poszukiwania zajęły mi trochę czasu, ale w końcu wygrzebałem kilka opasłych tomiszczy.
- To książki, o które mnie prosiłaś – powiedziałem, wręczając jej całe ich naręcze . Dziewczyna aż ugięła się pod ciężarem.
- Dziękuję – wystękała. Przeszła parę kroków, jednak po chwili dała za wygraną. Dysząc ciężko, odłożyła książki na stolik.
- Przepraszam za śmiałość, panie profesorze – powiedziała – ale czy pomógł by mi pan dotransportować je do domu? Sama ich nie uniosę, a mieszkam niedaleko, jakieś dwa przystanki stąd.
- O-oczywiście – powiedziałem, nerwowo przełykając ślinę.
Rozpiął jej się kolejny guziczek w koszuli. Mogłem dostrzec kawałek białego, koronkowego stanika.
Jennifer podchwyciła moje spojrzenie. Zorientowała się, o co chodzi. Z pełnym satysfakcji uśmiechem zapięła guziczek.
Zarumieniłem się.
***
Jennifer faktycznie mieszkała dwa przystanki dalej. Pomogłem jej wnieść książki na górę, i już, już, zbierałem się do odejścia, gdy powiedziała:
- A może wstąpi pan na kawę, co? Proszę się nie krępować, nikogo nie ma w domu.
- Dobrze – powiedziałem, mając wrażenie, że właśnie robię najgorszy błąd w swoim życiu.
Mieszkanko Jennifer było dość duże, dostrzegłem aż cztery pokoje. Właścicielka zaprowadziła mnie do salonu – nieco zagraconego, ale bardzo przytulnego. Sama poszła zaparzyć kawę.
- Przepraszam za bałagan – dobiegł mnie jej głos z kuchni – ale mieszkam tu z dwiema koleżankami i ostatnio również z chłopakiem jednej z nich. Przy tylu osobach pod jednym dachem trudno jest zachować porządek.
Przyniosła dwie filiżanki kawy i miseczkę z ciasteczkami. Postawiła to na stole.
- Miło tu – stwierdziłem, rozluźniając nieco krawat i łajając się w duchu za tak kretyńską odzywkę.
- Czy ja wiem… - powiedziała Jennifer, upijając łyk kawy. – Każdy z nas dodał do tego pokoju coś swojego, i tak powstało to pandemonium.
Odgryzła kawałek ciasteczka. Jej piękne usta poruszały się w fascynujący sposób, gdy przeżuwała. Połknęła. Z ust wysunęła czubek języka i zlizała drobne okruszki z warg…
Zauważyłem, że parę wpadło jej za dekolt.
To było dla mnie już za wiele.
Ze zgrozą zauważyłem, że przysunąłem się do niej, i z drugiego końca niewielkiej kanapy zawędrowałem na jej środek.
Jennifer spojrzała na mnie, ja spojrzałem na nią.
Pocałowała mnie.
Szok był zbyt wielki, by oddać pocałunek. Rozum podpowiadał mi, by w tej chwili odepchnąć dziewczynę i opuścić jej mieszkanie. Ale nie zrobiłem tego.
Za to oddałem pocałunek, obejmując ją w pasie, i delektując się dotykiem jej rąk, błądzących w moich włosach.
Całowaliśmy się długo. Wreszcie oderwała się ode mnie, odetchnęła.
- Nie powinnam była tego robić – powiedziała, patrząc na mnie zalotnie – ale nie mogłam się powstrzymać. Choć chyba nie miał pan nic przeciwko. – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, widząc mój osłupiały wyraz twarzy. – Cóż, wydaje mi się, że w tej sytuacji chyba możemy przejść na „ty”. Jen - powiedziała, wyciągając do mnie dłoń.
- Heath – powiedziałem słabo, potrząsając nią.
- Dlaczego mnie pocałowałaś? – zapytałem po chwili, gdy już zeszło ze mnie całe napięcie i szok wywołane tym niesamowitym zdarzeniem. – To znaczy, nie dlaczego pocałowałaś, tylko dlaczego mnie?
- Bo uważam, że jesteś jednym z najbardziej fascynujących mężczyzn, których w życiu spotkałam – powiedziała.
A wtedy ja ją pocałowałem.
Jednak ona odepchnęła mnie delikatnie, i powiedziała, że najlepiej będzie, jeśli przeniesiemy się z powrotem do mnie, bo jej współlokatorka już niedługo wróci do domu, a ona chciałaby uniknąć niepotrzebnego ryzyka.
Więc znów przebywaliśmy tę samą drogę tramwajem, tyle że tym razem, wciąż ze smakiem jej ust na wargach, musiałem naprawdę wytężać siłę woli, by nie dotknąć jej jedwabistych włosów, słodko, miodowo pachnących, znajdujących się bardzo blisko mojej twarzy.
Windę, niestety, dzieliliśmy z jedną z moich bardziej wścibskich sąsiadek, dlatego pod jej uważnym, podejrzliwym spojrzeniem oblałem się potem. Nie chciałem kłopotów. Choć może za cenę pięknej dziewczyny stojącej u mojego boku i wpatrującej się we mnie z wyraźnym zadowoleniem, warto było je mieć…
Drzwi od mieszkania otwierałem obarczony ciężarem Jen, która uwiesiła się u mojego boku. Gdy weszliśmy, byłem pewny, że dziewczyna, tak jak ja, zechce udać się raczej w kierunku sypialni, ale ona, jakby nigdy nic, rozsiadła się na kanapie w salonie. Chcąc nie chcąc, stłumiłem nieco pożądanie i zaproponowałem jej coś do picia.
- Coś mocniejszego, jeśli można – powiedziała beztrosko.
Tak więc przyniosłem jedyną mocniejszą rzecz, którą posiadałem – czyli whisky, bo był to mój ulubiony alkohol, a na utrzymywanie bogato wyposażonego barku nie było mnie stać. Nalałem jej, nalałem sobie. Jen ujęła szklankę, upiła łyk, po czym wpatrzyła się w złotobrązową ciecz.
- Przepraszam, że wszystko opóźniam – powiedziała, spoglądając mi w oczy – ale nigdy nie chodzę z mężczyzną do łóżka, nawet go nie znając. Muszę cię choć trochę poznać, Heath. Jestem porządną dziewczyną i mam swoje zasady moralne. – to ostatnie zdanie wypowiedziała takim tonem, jakby mówiła coś zupełnie odwrotnego.
Tak więc, gadaliśmy, głównie o przysłowiowej dupie Maryni, chyba bojąc się poważnych pytań. Przynajmniej ja się bałem. W końcu Jen była moją uczennicą. Zdarzały się różne historie – młode dziewczęta oskarżały swoich starszych kochanków o gwałt, albo rozpowiadały o romansie wszem i wobec, nie przejmując się konsekwencjami. W pewnym momencie pomyślałem nawet, że może właśnie robię najgorszy błąd w swoim życiu. Zalewałem więc niepewność whisky, wypijając jakieś dwa razy tyle, co Jen. Dlatego kiedy wstałem z kanapy, poczułem, że wypiłem za dużo. I chyba właśnie dlatego po powrocie z toalety nawet nie odezwałem się słowem, tylko rzuciłem się na nią, wytrącając jej z ręki szklankę, która upadła na dywan. Całowałem ją mocno, zrywając z niej ubrania. A ona się temu poddała, oddając pocałunki.
Kochaliśmy się długo, namiętnie, powoli stając się jednym, zapominając o całym świecie, pamiętając tylko o sobie nawzajem, rozpalając zmysły… osiągając moment całkowitej perfekcji, kiedy ten otaczający świat naprawdę nie istniał…
A potem ona przytuliła się do mnie, ja przytuliłem ją, i na powrót poczułem mdlące wyrzuty sumienia.
Dobrze, że ona pamiętała o prezerwatywie, bo mi kompletnie wyleciało to z głowy.
Pokręciłem się trochę w łóżku, po czym zasnąłem.
***
Obudził mnie dzwonek do drzwi. Jednak nie było to zwykłe dzwonienie, tylko natrętne naciskanie dzwonka raz za razem – „dryń-dryń-dryń-dryń”. Z trudem zwlokłem się z łóżka, włożyłem gacie, spodnie i okulary, i poczłapałem otworzyć. Jen tylko przekręciła się na drugi bok, i spała dalej.
Ku mojemu zdumieniu, na progu stał sąsiad z dołu, Angus Kruczynski. Był to około czterdziestoletni kawaler, niskiego wzrostu, z dość zaawansowaną łysiną i wydatnym brzuchem, posiadacz irytującego pieska, ujadającego przez cały dzień. Jego właściciel jednak nic sobie nie robił z moich uwag, urażony, jak ktoś może traktować jego ukochanego pupilka w taki sposób. Z tegoż to powodu oboje czuliśmy do siebie niechęć. Tym większe było moje zdziwienie, że ten to mężczyzna, wyraźnie nie mogąc się zdecydować między zdenerwowaniem a ekscytacją, stoi u moich drzwi o godzinie pierwszej w nocy.
- Panie Johnson – powiedział rozgorączkowany – przepraszam, że niepokoję o tak późnej porze, i to jeszcze akurat pana, ale… - przez chwilę szukał odpowiednich słów – zdarzyło się coś… coś niesamowitego… a przynajmniej tak mi się wydaje. Czy mógłby pan pójść na chwilę do mnie? Naprawdę, błagam, to dla mnie sprawa życia i śmierci!
- Ale czemu przyszedł pan z tym do mnie, panie Kruczynski? – wymamrotałem, mierzwiąc włosy i przecierając twarz rękoma.
- Wydał mi się pan… jedyną osobą w tym bloku, która potrafiłaby dochować tajemnicy – powiedział Kruczynski konspiracyjnym szeptem.
Zaintrygował mnie. Oczyma wyobraźnie widziałem stygnącego trupa, leżącego w kałuży krwi na kafelkach w łazience Angusa Kruczynskiego. Co prawda nie bardzo wiedziałem, czemu miałby nazwać coś takiego „niesamowitym”, a nie „strasznym”, ale w przypadku Kruczynskiego wszystko wydawało mi się możliwe.
Sąsiad z dołu wpatrywał się we mnie tak błagalnie, że postanowiłem spełnić jego prośbę i zejść na chwilę na dół. Miałem nadzieję, że Jen się nie obudzi.
Angus otworzył swoje mieszkanie. Nie miałem pojęcia, dlaczego, wychodząc tylko na parę minut, zamknął je na wszystkie cztery spusty.
Miało dwa pokoiki, było urządzone tak, jak wszystkie mieszkania ludzi, którzy meblowali je kilkanaście lat temu – na podłogach ciemne chodniki w tandetne kwieciste ornamenty, meble z ciemnobrązowego drewna.
Jego piesek zaraz podbiegł do mojej nogi i zaczął przeraźliwie ujadać.
- Spokój, Pimpuś – warknął jego pan, po czym kopniakiem wrzucił pieska do swej sypialni i zamknął drzwi.
Byłem w szoku. Jeszcze nigdy nie widziałem, by Kruczynski odniósł się do swego zwierzaka w taki sposób. Teraz byłem już nieomalże przekonany, że trup w łazience to jedna z najprzyjemniejszych przyczyn niepokoju Kruczynskiego.
Kruczynski poprowadził mnie do kuchni. Ręką wskazał na stół.
Stało na nim coś… coś bardzo dziwnego. Była to nie zrozumiała dla mnie, wykładowcy literatury, wyjątkowo skomplikowana maszynka. Mój antyelektroniczny umysł dostrzegał w niej jedynie średniej wielkości plątaninę kabli i innego żelastwa, czipów czy Bóg wie czego - moja wiedza na temat urządzeń elektrycznych zatrzymała się gdzieś na budowie szkolnego dzwonka. Na środku maszynki była dość duża w stosunku do całości wajcha. Obudowy nie było.
- Co to jest? Panie Kruczynski? – zapytałem ze zgrozą, próbując odpędzić natrętny obraz głośnej eksplozji i moich kończyn wirujących w powietrzu.
- Wydaje mi się – powiedział Kruczynski cicho – że to jest wehikuł czasu.
W pierwszej chwili chciałem go wyśmiać. W drugiej – uciec z jego mieszkania w obawie, że mam do czynienia z niebezpiecznym wariatem. W trzeciej – ponownie rzuciłem okiem na skomplikowaną maszynkę i wyraz twarzy sąsiada, po czym stwierdziłem, że to, co mówi, może być prawdą.
- Wehikuł czasu? – zapytałem sceptycznie, obchodząc maszynkę w koło. – A na jakiej zasadzie on miałby działać? Uruchamiał go pan już?
- Nie – powiedział Kruczynski. – Bałem się zrobić to sam. Chciałbym, żeby pan mi asystował.
- Ale… pan ma pewność, że to działa? W ogóle, jak pan to wynalazł?!
- No… - zakłopotał się – to wyszło przez przypadek. Dłubałem w tej całej elektronice, proszę wybaczyć, że nie będę się wdawał w szczegóły, ale widzę, że pan nie bardzo się na tym wszystkim rozumie. Muszę szczerze przyznać, proszę się nie śmiać, że wydało mi się, że wreszcie znalazłem przepis na perpetuum mobile. Ale nie wyszło mi perpetuum mobile, tylko… to.
- Zaraz, zaraz. Skoro pan tego nie uruchamiał, to skąd pan wie, że to wehikuł czasu? – spytałem, coraz bardziej pragnąc opuścić to mieszkanie, udać się do siebie i położyć z powrotem do łóżka obok Jen. O ile jeszcze tam jest.
- Skąd wiem? Proszę podejść do niego bliżej. Nie, jeszcze bliżej. Proszę przysunąć głowę tak blisko, żeby pan prawie jej dotykał.
No więc przysunąłem. Przez chwilę nie czułem nic. A potem zobaczyłem… siebie godzinę temu. Siebie dwie godziny temu. Siebie rano. Tylko że to nie były zwykłe wspomnienia. Ja czułem, jakbym tam znów był. Jakby KIEDYŚ ponownie stało się TERAZ.
Odsunąłem się pospiesznie od tej piekielnej maszynki, a moje pragnienie powrotu do domu znacznie się zwiększyło.
- Wydaje mi się – kontynuował Kruczynski – że gdyby pociągnąć za tę wajchę, znaleźlibyśmy się w przeszłości. Nie mam pojęcia, jak odległej, ale sądząc z obrazów, jakie widać, gdy się do wehikułu przysuwamy, byłby to czas do dwóch dób wstecz…
- I czego pan ode mnie oczekuje? – przerwałem mu. – Mam teraz razem z panem pociągnąć za tę wajchę i przenieść się niewiadomo gdzie i kiedy?
- Tak – powiedział Kruczynski, patrząc na mnie błagalnie.
Widok Kruczynskiego patrzącego na mnie błagalnie nie jest często spotykany, ba – nie jest spotykany nigdy. Część mnie, nosząca miano Prawdziwego Mężczyzny, miała teraz ochotę parsknąć mu w twarz, spojrzeć nań z wyższością, opuścić jego mieszkanie i wypominać mu tę chwilę słabości do końca życia. Jednak ta część, która zwała się Naukowcem, poczuła nagle wielką ochotę na wypróbowanie wraz z Kruczynskim tego wehikułu. Przez chwilę walczyłem sam ze sobą, aż wreszcie powiedziałem:
- Dobra, wchodzę w to – i od razu zdążyłem tego pożałować.
Sąsiad rozpromienił się i uścisnął mi dłoń.
- Dziękuję. Przy okazji, mów mi Angus.
- Heath – powiedziałem.
Usiedliśmy na krzesłach obok wehikułu. Kruczynski kazał mi chwycić za wajchę. Chwyciłem. On położył swoją rękę nad moją.
Bałem się jak cholera. Bałem się. Po głowie kołatała mi myśl, ze powinienem stąd jak najszybciej wyjść. Dlaczego, cholera, dlaczego jestem takim kretynem, żeby zgadzać się na jakieś podejrzane eksperymenty, w dodatku z wynalazkami mojego sąsiada z dołu…
Kruczynski pociągnął za wajchę.
*♦♦♦

Obudziłem się nagle, zrywając się z pościeli jak oparzony. Serce zdawało się być ciężkie jak kamień, czy też – jak to się poetycko nazywa – poczułem ukłucie strachu.
Nie miałem pojęcia, dlaczego. Chyba przyśnił mi się koszmar, którego nie pamiętałem.
Postawiłem stopy na podłodze, ale tułów nadal nie chciał się zwlec z łóżka. Przetarłem twarz dłońmi, pod palcami czułem ostry zarost…
Chwila.
Przecież ja już to kiedyś przeżyłem. Ja już to kiedyś myślałem.
Jasna cholera! Ten wehikuł Kruczynskiego naprawdę, naprawdę działa!
Uśmiechnąłem się do siebie. Bardzo się cieszyłem, że przeniosłęm się w czasie. Poprzedni dzień – ten dzień – był dla mnie – miał być dla mnie – wyjątkowo przyjemny.
Zrobiłem więc to, co wtedy. Wstałem z łóżka, wypiłem kawę, ogoliłem się, ubrałem. Jednak tym razem, wiedząc, co mnie spotka potem, nie potrafiłem znów pomyśleć o sobie jako o nieudaczniku. Wyszedłem z mieszkania, zamykając je na dwa spusty.
Przez chwilę naszły mnie wątpliwości – czy ja faktycznie przeniosłem się w czasie, czy może to wszystko było jakimś snem, urojeniem?
Wsiadłem do tramwaju. Tam rozwiały się moje obawy, kiedy ta sama staruszka znów wyszeptała mi do ucha mrożące krew w żyłach: „ Nie ustąpisz miejsca starszej, cooo?”. A ja znów się przeraziłem.
Chłopca, chcąc nie chcąc, poprosiłem o ustąpienie mi miejsca, mimo że z góry wiedziałem, jaka będzie jego odpowiedź. Przeczytałem jednak za dużo książek i obejrzałem za dużo filmów science fiction, by mieć odwagę na jakiekolwiek zmiany w przeszłości. Po prostu bałem się konsekwencji, jakie mogą nastąpić przez zamieszanie w czasoprzestrzeni.
***
Jakoś przebrnąłem przez cały dzień w szkole, słuchając ponownie tych samych odpowiedzi, śmiechów i głupich żartów. Podczas lekcji z drugą klasą bardzo mnie korciło, by zamiast oceny dobrej, jaką postawiłem jednemu z uczniów za odpowiedź ustną, dać dostateczną, ale w końcu tego nie zrobiłem. Nie było we mnie duszy ryzykanta.
Wreszcie doczekałem się lekcji z klasą Jennifer. Nie wstydziłem się jej już. Wiedziałem, że przecież nie będę miał z powodu flirtu z uczennicą żadnych konsekwencji, a przynajmniej nie tego dnia. Później – może, teraz jednak mogłem spokojnie, bez krztyny stresu, czerpać przyjemność z obcowania z piękną Jen.
Podczas lekcji wprost rozbierałem ją wzrokiem, uważając jednak, by ona nie zauważyła za dużo z tej mojej nachalności.
Gdy po lekcjach poprosiła mnie o książki, oczywiście się zgodziłem.
A potem wszystko potoczyło się swoim torem. Torem pełnym uniesień i namiętności.
***

Kruczynski znów zapukał do mnie o pierwszej. Zaspany otworzyłem mu drzwi. Wyglądał na podekscytowanego do granic możliwości. Wcale mu się nie dziwiłem – gdybym to ja wynalazł wehikuł czasu, pewnie skakał bym do góry przez cały dzień.
- To jest wspaniałe! – powiedział, dając swojej ekscytacji ujście przez zaciskanie pięści i stąpanie z nogi na nogę – To niewiarygodne! Chcesz brać udział w dalszym eksperymencie?
- Jak najbardziej! – zgodziłem się. Mnie też fascynował ten niewiarygodny wynalazek.
Zeszliśmy na dół. Kruczynski, tak jak wczoraj – dzisiaj? – kopniakiem wpędził pieska do pokoju, mnie zaprowadził do kuchni. Usiedliśmy na krzesłach przy stole, naprzeciwko maszynki.
- Nie sądziłem, że to zadziała – powiedział właściciel, drapiąc się po brodzie. – A to naprawdę była przeszłość! Cofnęliśmy się do momentu przebudzenia! Będę musiał popracować nad jakimś regulatorem czasu, żeby każdy mógł wybrać, jak daleko chce się przenieść. Ale nawet nie bardzo mam pomysł, jak się do tego zabrać… - urwał, zamyślił się, wpatrując się w wehikuł, jakby chciał przewiercić go wzrokiem.
- Ale, ale, wróćmy do tego, o czym chciałem z tobą porozmawiać – kontynuował po chwili Kruczynski. – Robiłeś wszystko tak, jak poprzedniego dnia? A raczej, w pierwszej wersji tego dnia?
Kiwnąłem głową.
- No, ja też. Ale… zastanawiałem się nad tym, co by się właściwie stało, gdybym spróbować zrobić coś inaczej. Wiesz – nie ogolić się, kupić inną gazetę, pójść do pracy inną drogą, położyć się spać o innej godzinie.
- Może to i ciekawe – odparłem niechętnie – ale nie wiem, czy bezpieczne. Wiesz – to, że się nie uśmiechniesz do napotkanego dzieciaka, doprowadzi w przyszłości do anomalii pogodowych na całym świecie…
- E, tam – machnął ręką Kruczynski. – Naoglądałeś się za dużo bajek. Czy naprawdę sądzisz, że to tak działa? A nawet gdyby – to jeśli zrobisz coś nie tak, zawsze możemy się cofnąć z powrotem.
- Chyba masz rację – powiedziałem, choć nadal nie byłem przekonany. Ale ciekawość wzięła górę.
Złapałem za wajchę, Kruczynski również złapał.
Pociągnął.
♦♦♦
Obudziłem się nagle, zrywając się z pościeli jak oparzony. Serce zdawało się być ciężkie jak kamień, czy też – jak to się poetycko nazywa – poczułem ukłucie strachu.
Nie miałem pojęcia, dlaczego. Chyba przyśnił mi się koszmar, którego nie pamiętałem.
Postawiłem stopy na podłodze, ale tułów nadal nie chciał się zwlec z łóżka. Przetarłem twarz dłońmi, pod palcami czułem ostry zarost…
Chwila, chwila. Już przecież o tym kiedyś myślałem! A, tak. Właśnie przeniosłem się w czasie po raz drugi i mam przeprowadzić eksperyment – czy uda mi się zmienić przeszłość, zrobić coś inaczej, niż w pierwszej wersji tego dnia, jak się wyraził Kruczynski?
No, spróbuję.
Wstałem i poczłapałem do kuchni. Na początek postanowiłem zmienić malutką rzecz – zrobić sobie herbatę zamiast kawy.
Włożyłem torebkę z herbatą do kubka. Zagotowałem wodę. Zalałem.
Wstrzymałem oddech, oczekując armagedonu.
Stało się nic. A raczej – nic się nie stało.
No, cóż. Więc widocznie przeszłość była elastyczna.
W łazience, niestety, znów zaciąłem się przy goleniu, ale za to ubrałem się w zupełnie co innego, a dom zamknąłem tylko na jeden spust. Nadal jednak nic się nie stało, życie milionów ludzi w mieście toczyło się swoim torem.
W tramwaju siedziałem na krzesełku z niecierpliwością oczekując, kiedy podejdzie do mnie ta babcia. Miałem dość śmiały, ale nie do końca uprzejmy plan nie schodzenia z siedzenia, tylko powiedzenia kobiecinie: „ A idź sobie, stara babo!”.
Jednak kiedy nad prawym uchem znów usłyszałem: „Nie ustąpisz miejsca starszej, cooo?”, zamiast zrealizować swój plan, wstałem.
Wstałem. Po prostu. Tylko że mój mózg nie wydał mięśniom takiego polecenia. Mój mózg kazał im zostać na miejscu i nakrzyczeć na babcię. Ale one nie posłuchały. Jakby były sterowane przez jakąś siłę wyższą.
Zaciekawiło mnie to. Z jakiego powodu rano mogłem zmienić swoje czyny, a nie mogłem zrobić tego w tramwaju?
Moje usta same powiedziały do chłopca te kompromitujące słowa, a mordercze spojrzenie po wysiadce z tramwaju posłało się samo. Wczoraj – w drugiej wersji tego dnia – tego nie zauważyłem, gdyż chciałem robić to samo, a przynajmniej nie myślałem o robieniu czego innego. Teraz natomiast moje ciało jakby ignorowało to, co miał do powiedzenia umysł.
Tak samo na lekcjach. Słowa same wypływały z moich ust, w żaden sposób nie mogłem ich zmienić.
I na Jen też musiałem patrzeć. Po prostu nie miałem innego wyboru.
A później jakoś zapomniałem o eksperymencie, ponownie dając się ponieść słowom, gestom i dotykom Jen.
***
Kruczynski zapukał po mnie o pierwszej.
- Chodźmy, chodźmy – powiedział, niemal siłą ściągając mnie na dół.
- No, i do jakiego doszedłeś wniosku? – spytał, gdy już weszliśmy do jego mieszkania i usiedliśmy przy stole w kuchni. Widać było, że wolałby sam odpowiedzieć na to pytanie.
- Może ty zacznij, bo widzę, jak się rwiesz, by coś powiedzieć – powiedziałem.
- No więc – zaczął Kruczynski, wyraźnie ukontentowany – wczoraj myślałem, że przeszłość można porównać do Windows Media Player. – Spostrzegł chyba moją nie do końca rozumną minę, i począł wyjaśniać. – Myślałem, że to nie jest tak, że teraźniejszość mija i nie zostaje już nic, tylko, niczym w Windows Media Player, można przesunąć piosenkę wstecz, i mamy dostęp do przeszłości, która ciągle gdzieś tam sobie trwa.
- Tylko że ta przyszłość byłaby niemożliwa do zmodyfikowania – powiedziałem w przypływie zrozumienia.
- Dokładnie tak. Ale po dzisiejszym dniu zmieniłem zdanie. Jak sam widziałeś, przeszłość możemy zmieniać. Tylko że nie całej linii.
- Właśnie – powiedziałem. – Rano, jeszcze w mieszkaniu, nie powtórzyłem chyba żadnej czynności, którą wykonałem w poprzednich wersjach tego dnia. Natomiast później, w pracy, w tramwaju czy… tego… na spotkaniu ze znajomą… nie mogłem zmienić przeszłości. Moje ciało jakby nie zważało na to, co karze mu zrobić mózg
- Otóż to – odparł Kruczynski. – Wiesz, co mi się wydaje? Że możemy dowolnie modyfikować przeszłość, która należy tylko do nas samych. Ale gdy są w nią wplątane inne osoby, musimy podążać starym torem, by nie zmieniać żywotów innych.
Miał, cholera, rację. Skąd on tyle wie? Nigdy bym nie podejrzewał, że w Angusie Kruczynskim drzemie naukowiec. Aż do pierwszej wersji tego dnia.
- Myślę, że nie ma już co eksperymentować – powiedział Kruczynski. – To chyba koniec.
- No, to teraz musisz koniecznie iść to opatentować! – klepnąłem go w plecy. - Będziesz za to trzepał miliony!
- Ale teraz.. – dodałem po chwili zastanowienia – czy mógłbyś nas przenieść w czasie ostatni raz? Ten dzień był dla mnie… wyjątkowo przyjemny.
Kruczynski uśmiechnął się. Czyżby wiedział? To mogło być dla mnie niebezpieczne.
Chwycił za wajchę. Ja chwyciłem za wajchę.
Pociągnął.
♦♦♦
***
O pierwszej usłyszałem dzwonek do drzwi. Zaskoczony wstałem z łóżka. Kto to mógł być?
Przed drzwiami stał Kruczynski. Blady jak ściana.
- Przecież nie mieliśmy się już przenosić? – spytałem rozespany.
- Tylko że… widzisz… pamiętasz, jak wczoraj doszliśmy do wniosku, że nie można modyfikować przeszłości, w którą są zaplątani inni ludzie?
- Tak, no i co to ma do..
Wtedy waga problemu dotarła do mnie z całą mocą.
- Chcesz powiedzieć że… że przez to, że przenieśliśmy się we dwóch… już zawsze będziemy musieli się przenosić z powrotem na koniec tego dnia?
Udręczony Kruczynski pokiwał głową.
W pierwszej chwili zrobiło mi się słabo. W drugiej zalała mnie fala złości. Mój mózg kazał ciału wymierzyć Kruczyńskiemu prawego sierpowego, ale ciało nie posłuchało.
- Wiesz co – wysyczałem, czując rozsadzającą mnie zimną furię. – Chyba jednak wynalazłeś to cholerne perpetuum mobile.
Nogi same niosły mnie na dół. Usiedliśmy przy stole, nic nie mówiąc.
Kruczynski chwycił za wajchę. Moja ręka chwyciła za wajchę.
Pociągnął.
Widziałem rozpacz w oczach Kruczynskiego. On pewnie widział taką samą w moich.
♦♦♦
Obudziłem się nagle, zrywając się z pościeli jak oparzony. Serce zdawało się być ciężkie jak kamień, czy też – jak to się poetycko nazywa – poczułem ukłucie strachu.
Nie miałem pojęcia, dlaczego. Chyba przyśnił mi się koszmar, którego nie pamiętałem.
Postawiłem stopy na podłodze, ale tułów nadal nie chciał się zwlec z łóżka. Przetarłem twarz dłońmi, pod palcami czułem ostry zarost.
Nie pamiętałem, który to już raz budzę się ponownie tego samego dnia. Moje dni, kiedyś tak podobne do siebie, teraz stały się identyczne.
Jak ja mogłem kiedyś narzekać na szarą rzeczywistość? W porównaniu do tego, co przeżywałem teraz, wcześniej moje życie było tak ciekawe i pełne przygód, jak tylko to było możliwe.
Nie, dni nie są takie same. Różnią się subtelnymi szczegółami, które nadają życiu sens, sprawiają, że jutra oczekujemy z niecierpliwością. Nie zauważałem tego, żyjąc z dnia na dzień, ale teraz – przeżywając po raz setny to samo – zdawałem sobie z tego sprawę z całą mocą. Niepotrzebne są przygody w dniu teraźniejszym. Potrzebna jest świadomość, że dzień jutrzejszy może je ze sobą przynieść – choćby było to jak najbardziej niewiarygodne, to jednak zawsze jest możliwe.
Moje zainteresowanie Jen, jako że nie podparte żadnym głębszym uczuciem, szybko wygasło. Denerwowało mnie jej durne szczebiotanie, to, że była tak przeraźliwie pusta, wkurzały mnie jej lubieżne minki, jej młodość. Nienawidziłem jej dotykać, nienawidziłem seksu z osobą, której nie kocham, a która nawet mi się nie podoba. Nienawidziłem tego, że moje ciało okazywało jej tę samą namiętność, co w pierwszej wersji tego dnia, i że nie umiało – nie mogło – powiedzieć: koniec.
Miałem dość bladej i udręczonej mordy Kruczynskiego, gdy przychodził po mnie o równo o pierwszej w nocy.
Miałem dość tej cholernej babci z tramwaju i tej butności w oczach chłopca.
Nienawidziłem TEGO DNIA.
Wypiłem kawę.
Poczłapałem do łazienki.
Wziąłem maszynkę do golenia.
Powiedziałem sobie: proszę, żeby tylko się udało.
Spojrzałem w lustro.
Odkręciłem gorącą wodę.
Po czym szybkimi ruchami rąk dzierżących maszynkę podciąłem sobie żyły na obu nadgarstkach.

KONIEC

_________________
Why so Sirius?

"Death Note is a good obsession!"

"Ciasnota umysłowa, brak wyobraźni i nietolerancja są jak pasożyty. Zmieniają właściciela, zmieniają kształt i żyją wiecznie."
Haruki Murakami, Kafka nad morzem


Góra
 Profil E-mail  
 
 Temat postu: Re: Perpetuum Mobile
 Opis: O nudy skutkach ubocznych.
PostWysłany: 19 Maj 2009, 18:27 
Offline
Awatar użytkownika

Dołączenie: 29 Mar 2009, 20:11
Posty: 20
Miejscowość: Poznań
Płeć: Kobieta
Witam.
Naprawdę dziwię się, że tekst wisi tu już miesiąc bez ani jednego komentarza. Jak to możliwe, że nikt nie dotarł do końca? No, ale tak to już jest, że rzadko który tekst z Brulionów ma dużo komentarzy.
Muszę przyznać, że na początku mi się nie podobało. Przypominało to "Dzień Świra" (choć przyznam, że filmu nie udało mi się obejrzeć do końca) - ten sarkazm, gorycz, nauczyciel...
W tekście było jednak coś, co kazało mi czytać dalej. I Boru dzięki, że przeczytałam. Wizja takiego manipulowania czasem bardzo mi się spodobała. Uwielbiam wszystkie filmy, książki, teksty czy tylko rozmowy na temat czasu. Nigdy jednak nie spotkałam się z takim podejściem do tego zagadnienia. Heath i pan Kruczyński spotykający się codziennie o pierwszej w nocy, by mimo sobie przekręcać wajchę, babcia i młody chłopak w autobusie, Jennifer... to wszystko razem tworzy bardzo dobry obraz konsekwencji manipulowania czasem. Podoba mi się to również, jako opis rutyny, jaką czasem jest nasze życie. Naprawdę, druga część tekstu zaskarbiła sobie moje serce. Jestem pewna, że jeszcze długo będę na ten temat rozmyślała.
Wiem, że opisanie Heatha, nie mogącego zmienić swoich własnych słów po podróży w czasie miało na celu pokazać to, na jakim stopniu możemy zmieniać czas, ja jednak zaczełam zastanawiać się nad czymś innym. Po przeczytaniu opisu trzecich już zdarzeń w autobusie, zaczełam rozmyślać na temat przeznaczenia. Czy Heath nie mógł zmienić słów bo nie ma prawa bawić się czasem, czy też dlatego, że wypowiedzenie ich jest koniecznością już mu narzuconą?
Możliwe, że troche za daleko posunęłam się w analizie tekstu. Przepraszam, jeśli tak jest.
Może przestanę roztkliwiać się już nad samym tekstem. Niestety, znalazłam kilka błędów, zwłaszcza na początku. Może poszukasz bety, tak aby tekst czytało się łatwiej? Nie będę tutaj wypisywać wszystkich błędów, ale jeden muszę, bo strasznie rzucił mi się na oczy.
Cytuj:
Tak, to ja, dwudziestodziewięcioletni wykładowca literatury w liceum, o nazwisku Heath Johnson, właściciel najmniejszego mieszkania i najmniejszej pensji na świecie, człowiek nie posiadający żadnego kumpla, których zwykle męczyło jego osobliwe poczucie humoru i skłonność do narzekania, nie mówiąc już o partnerce, syn apodyktycznej mamusi dotkniętej megalomanią, kolekcjoner starych książek, ptasich jaj i płyt analogowych, miłośnik Star Treka, obdarzony różnego rodzaju fobiami i chroniczną apatią, której żaden lekarz, jak na złość, nie chciał uznać za depresję.

Rozbudowane zdania wielokrotnie złożone trudno się czyta. A to tutaj jest bardzo rozbudowane i moim zdaniem przydałoby się je podzielić na mniejsze.

No i tyle. Powtarzam raz jeszcze, tekst bardzo mi się podobał i cieszę się, że do niego zajrzałam.
Autorce życzę dużo wena.
Pozdrawiam serdecznie.

_________________
"Zastanawiam się - rzekł - czy gwiazdy świecą po to, żeby każdy mógł pewnego dnia znaleźć swoją."
Antoine de Saint Exupéry


Góra
 Profil E-mail  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group